poniedziałek, 14 lipca 2014

Niemcy oglądają mecz

W popularnej w Greifswaldzie restauracji/barze miejsca na oglądanie meczu trzeba było zarezerwować z wyprzedzeniem. W sali, na co dzień zastawionej stolikami, spuszczono ekran i włączono rzutnik. I ustawiono krzesła. Ponumerowane krzesła w ponumerowanych rzędach. Z nazwiskiem osoby robiącej rezerwację przyklejonym do krzesła. W czasie meczu po sali krążą kelnerzy i kelnerki i zbierają zamówienia, zapisując je na konto odpowiedniego miejsca - wychodząc po skończonym meczu należy uiścić odpowiednią sumę przy barze, podając odpowiedni numer.

Podobno w Monachium wczoraj miejsce można było uzyskać już tylko kupując je na eBayu za 50 euro.

 
Pewien brazylijski znajomy Mojej Sista stwierdził ostatnio, że woli Polskę od Niemiec, bo Polska jest bardziej zorganizowana. Najwyraźniej nigdy nie oglądał w Niemczech meczu w miejscu publicznym.
 

niedziela, 6 lipca 2014

Fotoreportaż

Skoro już ostatnio była mowa o robieniu zdjęć komórką...


Zachód słońca nad lotniskiem.


Scena za dnia.


Sztuka współczesna.


Wszystko czerwone.


Promocja miasta Poznania.


Scena w nocy.


Coś do wypicia...


...i do przegryzienia.


Tuż przed wschodem słońca.

wtorek, 27 maja 2014

Z komórką przez Gdynię i inne miasta

Narzekałam kiedyś na jakość zdjęć robionych komórką. Dziś - drugie podejście do tematu. Po prawie czterech latach i dwukrotnej wymianie telefonu. Poniższe zdjęcia wykonane zostały w ciągu ostatnich dwóch miesięcy w Gdyni, Sztokholmie, Londynie i Greifswaldzie.










sobota, 17 maja 2014

Chodzę po mieście

Chodzę po mieście, w którym jestem z wizytą i łapię się na rozmyślaniach - jak często w miastach, w których jestem z wizytą - jak by się tu żyło. W której kawiarni przysiadało na herbatę i ciasto, którym autobusem jeździło do domu, jak wpasowywało w rytm ulicy.

Szybko uderza mnie przypomnienie: przecież wiedziałam. Przecież przysiadałam, jeździłam, pasowałam. I już nie pamiętam?
To miasto to Sztokholm.

Zastanawiam się więc nad szczególną nostalgią miejsc, które kiedyś były moje, które należały do mnie i ja do nich, ale już nie dziś, i nad tym, że z upływem czasu będzie ich coraz więcej. Nad ich szczególną swojością i nieswojością, poczuciem bycia wewnątrz i na zewnątrz jednocześnie. Nad tym, jak znaczą upływ czasu, upływ życia. Dziwne uczucie, trudne do uchwycenia, jeszcze trudniejsze do nazwania; smutne i zarazem nieuchronne.

Przez te kilka dni, kiedy jestem tu tym razem, gdy tylko mam wolny czas, spędzam go na spacerach i wypełnianiu moich rytuałów: z Södermalm idę na Stare Miasto, na Västerlånggatan, gdzie wstępuję do jednej z moich ulubionych sztokholmskich księgarni - choć tym razem nic tam nie kupuję - dalej mijam lodziarnię, w której oknie wystawiony jest koszyk z połamanymi i wybrakowanymi wafelkami do lodów. Gdy byłam w Sztokholmie po raz pierwszy, dawno, trzynaście lat temu, wydałam w tej lodziarni moje prawie ostatnie korony, rezygnując tym samym z zakupu biletów na Zamek Królewski, stojący tuż za rogiem. Od tamtej pory lodziarnia co najmniej dwa razy zmieniła nazwę i wystrój, ale wafelki do lodów, grube i słodkie, nadal wyrabia się na miejscu, a wszelkie odrzuty z tej produkcji, tak wtedy jak teraz, lądują w koszyku w oknie od ulicy, z którego częstują się przechodnie i ptaki. Biorę kilka kawałków i idę dalej, mijając Zamek, przez dziedziniec gmachu Parlamentu, do centrum.


Następnego dnia spacer prowadzi mnie w poprzek Södermalm, Götgatan z południa na północ, w majowym deszczu. Kilka lat temu, także w maju, zdarzyło mi się iść przez Fatbursparken, park pomiędzy Medborgarplatsen a Södra station, kiedy kwitły właśnie drzewa milionem białych płatków, które drżały na gałęziach, unosiły się w powietrzu i wirowały na wietrze, opadając powoli na zasłaną bielą ziemię. Widok był jak z bajki, nierealny. Chciałam wówczas spróbować uchwycić tę magię na zdjęciach, jednak twarda rzeczywistość stanęła na przeszkodzie: noga uwięziona w gipsie i konieczność wspierania się na kulach nie pozostawiły mi wolnych rąk do obsługi aparatu. Teraz też kwitły te same drzewa, jednak w deszczu widok, choć nadal ładny, nie był już bajkowy.


I jeszcze dźwig wsparty o ścianę kamienicy, w której kiedyś, krótko, mieszkałam, i wieża Kościoła Niemieckiego ginąca w chmurach wiszących nad Starym Miastem, i plakaty wyborcze porozwieszane po całym mieście, i kierowca autobusu słuchający za kierownicą muzyki operowej głośno, na pół autobusu, i piękno długiego, wyraźnie już dłuższego niż na naszych szerokościach dnia. Taki to Sztokholm, mój i niemój jednocześnie.

wtorek, 22 kwietnia 2014

Miasta uniwersyteckie 3

W ciągu ostatnich dwóch miesięcy miałam okazję odwiedzić dwa uniwersytety ze światowej czołówki, jeden na Nowym, drugi na Starym Kontynencie: Yale i Cambridge. Wydawałoby się, że ze swoimi ponad trzystu latami ten pierwszy nie musi wcale udawać starszego, niż jest, ale architekci wielu z jego budynków najwyraźniej mieli inne zdanie i swoje dzieła projektowali z myślą nie tylko postarzenia ich o kilka wieków, ale również upodobnienia do najsławniejszych brytyjskich uczelni. Jak widać, nieźle im to wyszło: któż jest w stanie odgadnąć, które z poniższych zdjęć zrobione zostało w Cambridge, a które w New Haven, gdzie mieści się Uniwersytet Yale?











sobota, 22 marca 2014

Byłam w Nowym Jorku


Grzegorz Turnau twierdzi, że to naprawdę wielkie przeżycie. A ja nie jestem pewna, czy się z nim zgadzam. Owszem, Nowy Jork to bardzo ciekawe miasto. Ale zdarzyło mi się już zwiedzać ciekawsze.


Być może winna mojemu umiarkowanemu entuzjazmowi była pogoda. Czar Nowego Jorku dla kogoś, kto przyjeżdża do niego po raz pierwszy, to wszak przede wszystkim rozpoznawanie miejsc znanych z popkultury. Ale żadne filmy ani seriale nie rozgrywają się w marcu, bo marzec nie jest fotogeniczny. Niebo jest szare, drzewa szarobure, a trawa szarobrązowa. Aktorzy musieliby chodzić opatuleni mało elegancko w kilka warstw odzieży, tuląc się i zacierając ręce z zimna, wycierając czerwone nosy - jak my byliśmy zmuszeni, nie czując się przy tym ani trochę glamour. Więc w popularnej wyobraźni w Nowym Jorku trwa wieczne lato, przerywane tylko ewentualnie od czasu do czasu Bożym Narodzeniem, w czasie którego aktorzy zarzucają na siebie lekkie płaszczyki i są fotografowani na tle świątecznych dekoracji. Nikt też nie wspomina o oszalałym nowojorskim ogrzewaniu.



Manhattan, z którego właściwie prawie się nie ruszyliśmy, mając na Nowy Jork zaledwie trzy dni, pokryty jest szachownicą: aleje biegną z północy na południe, ulice z zachodu na wschód; jeden Broadway przecina to wszystko w poprzek, jakby stwierdzał, że ma gdzieś to purytańskie planowanie przestrzeni. W tej kratownicy ulic przecinających się pod kątami prostymi często jedynym sposobem, żeby się zorientować, w którą stronę trzeba iść, jest kompas. A pomyśleć, że gdy odkryłam istnienie takowego w moim nowym telefonie, zastanawiałam się, do czego mi się on kiedykolwiek przyda!



Z drugiej strony, te proste linie biegnące przez całą długość i szerokość wyspy otwierają ciekawe widoki: równe, niebosiężne ściany budynków tworzą wąskie i głębokie wąwozy, których końca nie widać, wychodzą wprost na niebo. Drapacze chmur są nieco przytłaczające, gdy wchodzi się między nie spomiędzy niższych kamienic: górują nad człowiekiem i zmuszają go do chodzenia z zadartą głową, nie sprawiają wrażenia budowanych na ludzką skalę. Niebo nad nimi zdaje się być wyjątkowo odległe.


Interesujący jest widok budynków klasycyzujących czy secesyjnych w sąsiedztwie tych w nowocześniejszych stylach, ze szkła i stali. I neogotyckie kościoły, malutkie w porównaniu i kryjące się między drapaczami chmur, tym samym zaprzeczając samej istocie tego, czym był gotyk, styl tworzony na inny czas i inną kulturę.


Ale nie cały Manhattan to drapacze chmur. Jego dużą część zajmują dzielnice wypełnione kilkupiętrowymi kamienicami zamieszkanymi przez imigrantów - lub ich potomków - z najróżniejszych części świata, tworzących tam specyficzne, przefiltrowane wersje swoich krajów pochodzenia. Niestety, na ich dokładną eksplorację zabrakło nam już czasu.




W styczniu przeleciałam ćwierć globu na wschód, teraz - ćwierć globu na zachód. Czyli przebyłam w tym roku pół świata. Przy okazji, coś mi się zdaje, że ten blog zamienia się powoli w blog podróżniczy. Chyba codzienne życie nie dostarcza mi dość inspiracji. Gdy zaczynałam tu pisać, zastanawiałam się, czy po jakimś czasie nie wyłoni mi się jakiś motyw przewodni w miejsce wiecznych dygresji. Czyżby teraz, po prawie pięciu latach (jeeeej, to już tyle??), wreszcie miał się pojawić?

niedziela, 23 lutego 2014

Noś kask

Na koniec relacji z Birmy, z pewnym opóźnieniem, musi znaleźć się też coś klämriskowego. Zbyt dużo do zaobserwowania pod tym względem nie było, w myśl hipotezy, już kiedyś przeze mnie na tych łamach wyrażonej, że społeczeństwa, które borykają się z tzw. prawdziwymi problemami, nie będą się martwić drzwiami od windy i złowrogimi żółtymi liniami.

Nie mogłam jednak zignorować plakatów, które napotkaliśmy w centrum Nowego Baganu, wzywających do noszenia kasków podczas jazdy motocyklem lub skuterem:


Moją uwagę przykuł szczególnie plakat po prawej. Bardzo żałuję, że nie znam języka birmańskiego, przez co nie potrafię odcyfrować przesłania plakatu. Niemniej jednak, wygląda on intrygująco!


Niestety, mimo to nie okazuje się on skuteczny: nikt w Baganie nie jeździ w kasku!